sobota, 29 stycznia 2022

Krótka historia politycznej naiwności

Powszechnie wiadomo, że filmy o treści historycznej, mają niewiele wspólnego z faktami historycznymi, mimo to pozostają dla mnie bardzo edukującym doświadczeniem. Za każdym razem, gdy oglądam taki film patrzę, nie tylko pod kątem krytycznym końcowego efektu produkcji, zwracam przede wszystkim uwagę na to, jak fabuła została poprowadzaona, gdzie jest haczyk czyli inaczej mówiąc - manipulacja. Należy takie historie brać z przymrużeniem oka i weryfikować fakty, sprawdzać co jest prawdą, a co zostało usunięte bądź podkolorowane na potrzeby fabuły. Koniec końców, to nie jest dokument więc film fabularny będzię rządził się swoimi prawami, to czyjaś wizja, fantazja na temat jakiegoś wydarzenia historycznego. Najnowsza produkcja Netflixa Monachium: W obliczu wojny, wpisuje się w to wszystko doskonale, jest wręcz szablonowym przykładem ignorowania historii.



Monachium to najnowszy film, na ironię, niemieckiego reżysera Christiana Schwochowa, fabuła skupia się przede wszystkim na kilku dniach z końca września 1938 r., kiedy to miała miejsce niesławna Konferencja w Monachium. W tym wydarzeniu wzięły udział państwa Niemiec, Włoch, Francji oraz Wielkiej Brytanii, zabrakło jedynie Czechosłowacji (sic!). Celem konferencji było zapobiegnięcie wybuchowi wojny, środkiem do celu - poświęcenie terytorium Czechosłowacji, a konkretnie regionu Czeskich Sudetów. Jak wiadomo cel uświęca środki, innymi słowy obserwujemy jak państwa Europy Zachodniej, bez skrupułów poświęcają państwa Wschodniej Europy dla swojego "świętego spokoju". Co na nieszczęście, aktualnie dzieje się na naszych oczach, tym razem na Ukrainie - historia kołem się toczy. Głównym inicjatorem powołania konferencji był premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlein, którego naiwność zapędziła Europę w kozi róg, zaś samego polityka historia osądziła bezlistośnie - jako naiwnego, niezdolnego do właściwej oceny wydarzeń polityka, który poległ w swoim projekcie politycznych ustępstw wobec III Rzeszy Niemieckiej.

Produkcja jest adaptacją powieści angielskiego pisarza Roberta Harrisa (autor m.in. EnigmyAutora Widmo czy Pompeji). Powieść Monachium została opublikowana w 2017 roku i od razu Netflix położył na niej swoje łapki. Książki Harrisa są regularnie ekranizowane przez Hollywood, najgłośniejsze filmy to Enigma z 2001 r., Autor Widmo z 2010 r. oraz ostatni J'Accuse z 2019 r. oba w reżyserii Romana Polańskiego. Pisarz w swoich książkach jedynie inspiruje się wydarzeniami historycznymi, tworzy historyczne akcyjniaki, ale jego prozie daleko do poziomu Johna le Carre. Harris zmienia fakty, naturalnie na potrzeby fabuły, bądź zarysowywuje tezę pod swoje wnioski. Autor otwarcie przyznaje, że głównym celem powieści było takie przedstawienie wydarzeń z 1938 r., aby delikatnie oczyścić ze swej nieudolności premiera Neville'a Chamberlaina. W jednym z wywiadów w angielskim tygodniku (ciekawostką jest to, że ów artykuł zatytułowano Neville's advocate*, parafrazując tytuł filmu The Devil's Advocate) przyznał, że jego zdaniem Chamberlein kupił cenny czas dla Brytyjczyków, gdyż konferencja w Monachium dała mu moralny autorytet dla stworzenia alternatywy do decyzji o wojnie. Cel Harrisa do odczarowania złej prasy wobec Chamberleina, aby przedstawić tę postać w nowych barwach, jest w filmie skrupulatnie realizowany.


Ile jeszcze wątków "dobrych Niemców" potrzeba aby świat zapomniał o cichym przyzwoleniu narodu Niemieckiego na zbrodnie III Rzezszy? Historyczna schizofrenia ma się dobrze.

Film Monachium. W obliczu wojny zaczyna się przyjęciem na Unwersytecie w Oxfordzie, gdzie trójka absolwentów i bliskich przyjaciół - Anglik Hugh Legat (George MacKay), Niemiec Paul Hartman (Jannis Niewohner) oraz jego narzeczona pół Niemka, pół Żydówka Lenya (Liv Lisa Fries) świętują zakończenie studiów. Przyjaźń bohaterów zostaje wystawiona na próbę z powodu różnic poglądów na ówczesną sytuację polityczną Niemiec, która to wraz z wyborem Adolfa Hitlera na kanclerza rozbudziła pewność i siłę w narodzie Niemieckim. Ostatecznie ich drogi rozchodzą się latem 1932 r. Legat podejmuje pracę w Londynie, na Downing Street w biurze premiera Chemberleina (Jeremy Irons) zaś Paul pracuje w Berlinie jako tłumacz dla Biura Spraw Zagranicznych, jednak zawiedziony narastającą agresją i rasizmem wśród Niemców, decyduje się przyłączyć do spisku, którego celem jest obalenie rządów Hitlera. Wkrótce Paul otrzymuje tajne dokumenty, przedstawiające krok po kroku plan inwazji III Rzeszy na Europę, chce on przekazać je premierowi Wielkiej Brytanii za pośrednictwem Legata podczas konferencji w Monachium. Cała akcja filmu rozkręca się w momencie, gdy zaczyna się konferencja. Niestety wątek szpiegowski i wątek przekazania tych dokumnetów oraz spotkanie z Chamberleinem to najsłabsze elementy filmu. Pełno dziur logicznych i niespójności, do tego strasznie infantylne przedstawienie idealisty Paula, który walczy o dostęp do premiera Anglii, aby go uświadomić o zamiarach Hitlera. Widz musi wiedzieć, że gdzieś na zapleczu tej wielkiej polityki toczy się heroiczna gra - oto bohaterski Paul odkrył, że pan Hitler jest:... Uwaga... Psychopatą. I niczym wiecznie głodny rekin, nie zakończy swej uczty na Sudetach, a sama konferencja to tylko przkrywka dla świata. Aż chce się krzyknąć: No sh*t Sherlock! Nie sądzę, aby taka narracja przekonała mnie o niewinności Chamberleina. Takie rewelacje kupi tylko historyczny ignorant.

Fabularnie film pozostawia wiele do życzenia, nie jest zbyt emocjonalnie angażujący, jednak daje przez chwilę odrobinę zrozumienia, albo raczej iluzję zrozumienia motywów bohaterów, jednak tylko jeśli zapomni się, że twórcy są na bakier z historią. Chamberlein, który ciągle wspomina koszmar I wojny światowej jako powód dla pokoju w Europie za wszelką cenę, to główna oś "dramatyczna" tej postaci. Irons nie przedstawia premiera jako fanatyka, to dość wyważona postać, ale jednak pozbawiona charyzmy. Reszta obsady, gdzieś tam sobie przemyka w tle, niestety ani MacKay, który jest świetnym aktorem, ani Niewohner nie mają za bardzo co pokazać. Tradycyjnie film utrzymany jest w swoim Netflixowym klimacie czystości - scenografia wręcz teatralna, zdjęcia przejrzyste, wręcz wypolerowane. Chociaż tu zawsze bedę miała zarzut, bo kamery cyfrowe mają to do siebie, że dają taki efekt, przez co wszystkie filmy wyglądają jak "nowe", a ja jednak jestem fanką starych kamer taśmowych albo takich obrazów gdzie zdjęcia mają dostrzegalną "ziarnistość".


Charakteryzacja w filmie taka sobie - może i Jeremy Irons dobrze wypada przy oryginale Neville'a Chamberleina, ale nie można tego samego powiedzieć o postaci Hitlera.

Moim zdaniem należałoby się rozprawić z nieudolnością Chamberleina, zaakceptować, że podjęte decyzje, to nie tylko Pyrrusowe zwycięstwo naiwnego staruszka, ale przede wszystkim aroganckie, wręcz niemoralne działanie państw Zachodu. Ten film tak naprawdę nie wkracza nawet w pole zasięgu, gdzie należałoby się skonfrontować z samym wybuchem wojny. Wcale nie! Film daje do zrozumienia, że późniejszy atak na Wielką Brytanię był przede wszystkim nieunikniony, dziś wiadomo, że konferencja w Monachium, to była rozgrzewka Hitlera przed atakiem na Polskę. Państwa Zachodu pokazały mu, że nie będą nadtsawiać karku za jakąś tam Czechosłowację więc Hitler wiedział, że ma ciche przyzwolenie na inne ataki. Dalsze wydarzenia, już po 1 września 1939 r., dają jasno do zrozumienia czym były motywy uczestników konferencji w Monachium. Zabrnę więc we wstydliwe rejony historii Wielkiej Brytanii i Francji czyli do konferencji w Abbeville z 12 września 1939 r., gdzie Wielka Brytania - jeszcze na czele z premierem Chamberleinem - oraz Francja ustaliły, że nie będą pomagać Polsce w walce z Hitlerem. Ten brak działania, to złamanie sojuszu polsko-francuskiego oraz układu polsko-brytyjskiego, czyli inaczej według historyka Leszka Moczulskiego zdrada sojusznika na polu bitwy. Nie ma na to wszystko miejsca w takim filmie, wówczas cała fikcja i moralizowanie o uniknięciu wojny runęłaby jak domek z kart. Byłby to wówczas zupełnie inny film, daleki od życzeniowej interpretacji wydarzeń - konfrontujący się z prawdą, gdzie państwa od początku chowały głowę w piasek i tak naprawdę nie chciały uniknąć wojny w Europie - jak to pięknie próbuje nam wmówić film - tylko na swoim terytorium. Czysta kalkulacja.


Monachijskie porozumienie okiem satyryków.


Ze współczesnymi produkcjami historycznymi musimy być ostrożni. Publika jest dla twórców takich filmów masą, którą chcą oszukać, przepisywać historię od nowa, za każdym razem z pominięciem ważnych faktów, aby zło nie było oczywiste. Po takich seansach warto szukać co zostało w takim filmie pominięte, wówczas być może znajdziemy odpowiedź dlaczego. Robert Harris, jak każdy inny pisarz, w swoich książkach ma prawo tworzyć w pewnym sensie rzeczywistość alternatywną do historii, z fabułą, która czerpie z wątków historycznych w jej tle. Jednak uważam, że ignorowanie faktów w taki sposób jak ma to miejsce w Monachium, to brak szacunku dla wydarzeń z tamtych czasów. Fikcja literacka to jedno, zaś uparta chęć wybielania polityków, to już inny problem. Decyzje Chamberleina zapisały się w historii XX wieku, jako szkodliwe dla Europy. Stosunek Brytyjczyków jest również jednoznaczny - był to nieudolny i naiwny premier. Czas w drugą stronę rozliczyć się z historią Wielkiej Brytanii, zamiast chwytać się brzytwy i tworzyć kolejne mity o heroizmie. Katastrofalne działania premiera Chamberleina gorzko podsumował w 1940 r. premier Winston Churchill: " Mieliśmy wybór pomiędzy hańbą i wojną, wybraliśmy hańbę i będziemy mieli wojnę".


*Neville's Advocate by Nigel Jones, The Spectator, 22 Jan 2022.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz