czwartek, 2 lipca 2020

Jaka piękna katastrofa

Filmy, które obejrzę bez chwili zastanowienia, to takie, gdzie rejon, miasto lub też kultura jakiegoś państwa stanowią główny element fabuły. Regularnie wracam do takich filmów jak "Pod słońcem Toskanii", "Dobry rok", "O północy w Paryżu", czy "Amelia", a jako fanka Islandii ubóstwiam wręcz "Sekretne życie Waltera Mitty". Najnowszy film Netflixa "Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga", którego akcja toczy się w zimnej Islandii, a główni bohaterowie walczą w konkursie... Eurowizji, tak jakby sprawia wrażenie historii w takim stylu, gdzie tradycje, w tym przypadku Islandii stanowią oś produkcji. Niby ładnie i kusząco jednak sam film, tak jak Eurowizja - tragikomiczna.



Wszystko zaczyna się od wielkiego marzenia z czasów dzieciństwa, główny bohater Lars (Will Farell) zauroczony piosenką Abby "Waterloo", która zwycięża w konkursie Eurowizji w 1974 r., postanawia, że w przyszłości zostanie muzykiem i również zwycięży w konkursie. Marzenie będzie arcytrudne do zrealizowania, bo dosłownie wszystko stoi na przeszkodzie począwszy od pochodzenia Larsa - małe miasteczko na odległej Islandii, gdzie przemysł muzyczny jest na szarym końcu trosk państwa, wiek, gdyż Lars jest już przed czterdziestką i mimo zawziętości nie dostał się nawet do eliminacji krajowych i w końcu brak wsparcia i wiary ze strony bliskich, jedynie przyjaciółka z dzieciństwa Sigrit (Rachel McAdams) wierzy w Larsa. Wspólnie tworzą specyficzny duet - Lars bezkompromisowo walczący o zwycięstwo, Sigrit potajemnie podkochująca się w Larsie.

Jakby spojrzeć na kulisy "Eurovision Song Contest" to wszystko jest jakby z przymrużeniem oka. Produkcją, scenariuszem oraz główną rolą Larsa zajął się Amerykański aktor komediowy Will Farell i dlatego obecny jest w filmie specyficzny amerykański humor oraz stereotypowe spojrzenie na Europę. W postać Sigrit wcieliła się kanadyjska aktorka Rachel McAdams, zaś w reprezentanta Rosji Alexandra Lemtova, Brytyjski aktor Dan Stevens. Wykreowane przez nich postaci opierają się na specyficznej, lekko przesadzonej grze aktorskiej, nie jest to zarzut, bowiem rzuca się w oczy, że był to jawny zabieg artystyczny, w tym też kierunku poszła cała produkcja - na powierzchownym przedstawieniu narodowości. Ironiczne, bo tym jest Eurowizja jako konkurs - nie ma w niej ukłonu w stronę muzyki czy tradycji państw, wszystkie piosenki śpiewane są po angielsku, a jej uczestnikom brak jest smaku i umiaru (nie zawsze, ale patrząc całościowo to zbyt rzadko trafia się coś wysublimowanego). Mając to na uwadze produkcja staje się automatycznie bardziej znośna, bo "Eurovision Song Contest" ma taki charakter, jest lekką komedią więc nie ma tutaj miejsca na głębokie analizy narodowościowe czy też aktorskie, metoda Stanisławskiego poszła w las. Szczególnie da się zapamiętać postać Lemtova, wykreowanego przez Dana Stevensa, który jest przekomiczny i mówi śmiesznym angielskim ze wschodnioeuropejskim akcentem.

Małomiasteczkowi Lars & Sigrid

Oprócz postaci Lemtowa, ładnie wkomponowany został wątek legend Islandzkich i wiary w elfy, które niczym bogowie mogą spełniać życzenia. I choć zostało to pokazane trochę naiwnie, to prawdą jest, że Islandczycy budują i dbają o domki dla elfów. Fani Eurowizji z pewnością ucieszą się ze sceny wspólnego śpiewania aktorów z uczestnikami konkursu z ubiegłych lat. Osobiście nie śledzę Eurowizji, jednak pamiętam zwycięstwo Alexandra Rybaka i kiedy pojawił się w tej scenie, domyśliłam się że pewnie o to chodzi. Zwycięstwo Rybaka to był moment nadziei na poprawę gustu muzycznego naszego kontynentu, jednakże nie na długo, bo potem zaczęło wszystko zmierzać w stronę marnej sensacji i prowokacji, m.in. występ pana udającego panią, lub na odwrót, nie pamiętam. Mnie najbardziej ucieszyła obecność Grahama Nortona, który komentuje Eurowizję dla Wielkiej Brytanii. Graham z pochodzenia jest Irlandczykiem jednak jego cięty humor i sarkazm jest mocno angielski.

Ponieważ wszystko jest w tym filmie dosłowne, to nawet przedstawienie przeciwności i kryzysów musiało być wyostrzone i grubo podkreślone wręcz przesadzone. Lars pomimo ogromnego samozaparcia zmaga się z brakiem wiary w siebie, jego wewnętrzny krytyk nosi twarz ojca (Pierce Brosnan) - zawsze krytykujący, podcinający skrzydła, wyśmiewający, dla przypomnienia tych trudnych relacji ojciec pojawia się niczym duch, w lustrze tuż przed występem Larsa i Sigrid. Nie jest jednak tak, że ta dosłowność mi przeszkadza, myślę że to dobry zabieg, bo każdy z nas zmaga się z jakimś wewnętrznym krytykiem, który ogranicza nas i gasi zapał, to co mi bardziej przeszkadza to ilość "tragedii" która towarzyszy Larsowi i Sigrid. Jedna tragedia doprowadzi ich do udziału w konkursie, a katastrofa z szalem na scenie, pomimo zagrożenia życia, pozwoli wyjść z półfinałów. Ostatecznie zostaną zdyskwalifikowani, ale się w sobie zakochają - no piękna katastrofa.


Lew miłości Lemtov (Dan Stevens)

Pomimo że to kiczowata i lekko obciachowa komedia, to doceniam przedstawienie historii w której główne skrzypce gra współczesna kultura muzyczna Europy, która choć jest cyrkiem i festiwalem tandety, to przedstawiona została bardzo dyplomatycznie. Jestem pewna, że "Eurovision Song Contest: Historia Zespołu Fire Saga" przypadnie do gustu fanom konkursu, szczególnie teraz, gdy Eurowizja z powodu pandemii się nie odbyła. I tylko informuję, że muzyka z Islandii wcale nie jest tak obciachowa i do tyłu, sama jestem wielką fanką Islandzkich artystów i zachęcam do słuchania Björk oraz Sigur Rós. Mimo wszystko to tylko komedia i dla równowagi nawet ja się na nią skusiłam i całkiem dobrze bawiłam.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza