niedziela, 26 stycznia 2020

Czas ucieka

Dramat wojenny 1917 reżysera Sama Mendesa o wydarzeniach z czasów I wojny światowej odniósł dość niespodziewanie ogromny sukces - jest numerem jeden we wszystkich kinach w Wielkiej Brytanii, swoją premierę na Wyspach miał miesiąc temu, a nadal gromadzi spore tłumy. Do tej pory produkcja uzyskała aż 45 nominacji do różnych nagród, w tym 10 do Oscarów, obraz otrzymał też dwa Złote Globy dla reżysera i Najlepszego Dramatu. Nawet świetna Dunkierka Christophera Nolana z 2017 r., choć również zebrała sporo nagród i nominacji, to nie cieszyła się jednocześnie aż takim uznaniem publiczności i krytyków. W przypadku 1917 sprawa jest dość jasna - mamy świetne artystyczne kino wojenne z emocjonującą fabułą i przepiękną formą.


Tematyka I wojny światowej w kinie, nie jest zbyt często podejmowana i zawsze ta niewielka liczba już istniejących produkcji mnie zastanawiała. Być może złożoność przyczyn czyli przede wszystkim dość skomplikowana i trudna sytuacja polityczna i społeczna tamtego okresu oraz przebieg samej wojny, zwyczajnie nie jest zbyt atrakcyjna i mało kto podejmuje się przełożenia tego konfliktu na język kina. Z drugiej strony jest to temat bardziej europejski, gdyż USA do konfliktu włączyły się dopiero w kwietniu 1917 r. (to przez obowiązującą w państwie doktrynę Monroe'a czyli inaczej politykę izolacjonizmu). Mimo to mamy kilka bardziej znanych produkcji, które opowiadają o tych wydarzeniach albo bezpośrednio, albo do nich nawiązując, chodzi o takie filmy jak np.: Gallipoli (1981), Na Zachodzie bez Zmian (1979), Czas wojny (2012) czy choćby serial Koniec Defilady (2013). Z kolei film The King's Speech (2010), a także serial Peaky Blinders nawiązują do skutków tegoż konfliktu, gdyż skala okrucieństwa I wojny światowej, nazywanej Wielką Wojną wywołała wielką traumę wśród żołnierzy walczących po obu stronach, po wojnie trudno było im się z powrotem zaadaptować do normalnego życia. Być może I wojna światowa z tym psychologicznym bagażem stanie się nowym głosem w kinie, gdyż według mnie II wojna światowa to już trochę wyczerpanym tematem.

1917 to bardzo emocjonująca produkcja, mocno trzymająca w napięciu. Film przedstawia tajną misję dwóch żołnierzy armii brytyjskiej, szeregowców Schofielda i Blake'a, którzy otrzymują trudne zadanie przedarcia się przez linię frontu, aby dostarczyć ważny rozkaz do Pułkownika MacKenzie, aby ten zaprzestał ataku na oddziały niemieckie, gdyż według zebranych informacji przygotowywana bitwa jest pułapką przez którą może zginąć aż 1600 żołnierzy. Już sam fakt konieczności ocalenia tak dużej grupy ludzi jest wielką presją, dodatkowo jednak misja ta staje się bardziej osobistym zadaniem, gdyż wśród żołnierzy będących w niebezpieczeństwie jest brat jednego z wysłanników. Fabuła to jedynie kilka godzin z bardzo trudnej misji, która ze względu na ogromne poświęcenie i walkę z czasem jest bardzo intensywnie wciągającym seansem.


Dosłownie pięć minut z Andrew Scottem wystarczy by tęsknić za nim przez resztę seansu

Nie wiem jeszcze czy ten film to arcydzieło, ale ma w sobie kilka tak perfekcyjnych elementów, że aż mam gęsią skórkę na samą myśl o nich. Zacznijmy od strony technicznej: praca kamery i zdjęcia to coś absolutnie fenomenalnego. Bezbłędny w swoim operatorskim fachu Roger Deakins znów stworzył dzieło sztuki. Brytyjczyk ma na swoim koncie aż trzynaście nominacji do Oscara i tylko jedną statuetkę, w swojej karierze zrobił niezapomniane zdjęcia m.in. do filmów: Blade Runner 2049 (2019), Sicario (2015) czy Skazani na Shawshank (1994). To co wyróżnia zdjęcia w filmie 1917, to montaż stylizowany na tzw. one shot czyli jedno ujęcie. Przez cały film kamera wręcz płynie za bohaterami, brak tu widocznych ostrych cięć montażowych. Ten zabieg dodaje emocjonalności historii, gdyż trudno oderwać wzrok, jako widzowie jesteśmy wciągnięci w tę historię, udziela się niepewność i wielkie niebezpieczeństwo czyhające na każdym kroku, szczególnie w scenach przedzierania się przez okopy niemieckie. Emocje wywoływane przez obraz bazują na kontrastach, z jednej strony bardzo bliskie kadry w małych pomieszczeniach i okopach potęgowały klaustrofobiczny efekt duszności, z drugiej strony szerokie ujęcia na otwartej przestrzeni wywoływały niepewność i strach, gdyż otwarte pole frontu jest jeszcze bardziej niebezpieczne ze względu na możliwą obecność snajperów. To wszystko może wydawać nam się oczywiste, w takim sensie realiów wojennych i życia w okopach, jednak to co sprawia, że ten film jest tak perfekcyjnie skonstruowany to właśnie zabieg budowania emocji wokół trudów przetrwania w takich strasznych warunkach, nie tylko fabuła ma nam to przedstawiać, poprzez aspekt emocjonalny oraz uczucia ryzyka i walki z czasem, ale też przez wrażenie bliskiej obecności w tych wydarzeniach.

Obok pracy kamery i montażu, to oświetlenie nadaje niezwykłego charakteru, szczególnie w nocnych ujęciach i zamkniętych pomieszczeniach. Światło jest dość oszczędne, twórcy skupili się na bardzo naturalnym wręcz minimalistycznym świetle, uzyskanym przez obecność m.in. lamp naftowych lub płomieni. Największe wrażenie zrobiła na mnie nocna scena w ruinach miasta, gdzie światło uzyskano właśnie z płomieni oraz wybuchów. Ta scena wywołana światłem padającym z różnych stron jest wręcz artystycznie piękna i bardzo widowiskowa, gdyż cienie ruin są w ciągłym ruchu zaś nasz bohater przemieszcza się w rytmie tego światła, co moim zdaniem było zbyt teatralne w niektórych momentach, ale i tak zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Piękno tego filmu zamyka się w muzyce bezbłędnego jak zwykle Thomasa Newmana - trzyma tempo, wzrusza i nadaje widowiskowości (scena w ruinach szczególnie!). Bardzo podobał mi się casting, twórcy postawili na mało znanych aktorów wcielających się w głównych bohaterów: George MacKay oraz Dean-Charles Chapman, dopiero na trzecim planie pojawiają się wielkie nazwiska angielskiego kina: Colin Firth, Benedict Cumberbatch, Mark Strong czy Richard Madden i Andrew Scott, każdy z nich jest jednak obecny przez kilka chwil i wypowiadają niewiele kwestii. Najbardziej zapadł mi w pamięci Andrew Scott.

Lux in tenebris

Myślę, że 1917 będzie moim ulubionym filmem i będę do niego wracać nie raz, bo choć to wojenny dramat ma w sobie poezję i symbolikę. Ciekawi mnie w których momentach były cięcia montażowe i kiedy blendowano poszczególne sceny. Przy kolejnych seansach spróbuję zwrócić na to uwagę, co może być trudne, bo tak jak pisałam, ta historia wciąga bardziej nić niejeden film 3D. Cieszy mnie, że następuje taki progres w ilustrowaniu historii filmowych, do tego stopnia, że nie potrzeba wielkich rozwiązań technologicznych przy produkcji czyli tworzeniu filmów właśnie w 3D. Oczywiście dobry dźwięk w kinie oraz większy ekran IMAX są istotne, bo dodają efektu, mimo to w takich filmach jak 1917 na etapie pre produkcji twórcy planują jak chociażby pracą kamery tworzyć napięcie. Nie czekajcie na ten film, aby obejrzeć go w domowym zaciszu, warto wybrać się do kina z dobrym dźwiękiem i dużym ekranem!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza