piątek, 18 października 2019

Historia przemocy

Terrorysta z Gotham City znów rozrabia, tym razem jednak zanim największy altruista komiksowego uniwersum DC, Bruce Wayne aka Batman, zdecyduje się na samotną walkę ze złem. I to tyle z nawiązań do komiksu, bo choć Joker jest postacią fikcyjną, doskonale znaną nie tylko fanom Batmana, to najnowszy film reżysera Todda Phillipsa uchwycił coś czego żaden wcześniejszy komiksowy film nie zrobił. "Joker" nie jest komiksową adaptacją jest dramatem psychologiczno-społecznym i bierze na barki zupełnie nowe spojrzenie na największego przeciwnika Batmana. Ten popularny antagonista od dekad intryguje, bo jednocześnie wzbudza i zachwyt i strach. Podobnie jest z tym filmem - jest niejednoznaczny, bo dostaliśmy historię człowieka chorego psychicznie, któremu współczujemy od pierwszych scen, któremu przyszło żyć w trudnych i okrutnych czasach, człowieka przegranego, który poddając się obłędowi budzi nową tożsamość.




Joker powstał w umyśle Arthura Flecka (Joaquin Phoenix), jednak zanim druga tożsamość Arthura zwyciężyła pracował jako klaun na zlecenie i aspirował do bycia komikiem. Codzienność Flecka była bardzo monotonna - praca, opieka nad schorowaną matką, oglądanie ulubionego programu telewizyjnego prowadzonego przez Murraya Franklina (Robert De Niro), czasem rola widza w stand upach w klubach. Raz w tygodniu, Arthur miał obowiązek odwiedzać opiekę społeczną, gdyż jako były pacjent zakładu dla psychicznie chorych, dopiero uczył się dostosowywać do społeczeństwa. Ta perspektywa dla Arthura, cierpiącego na depresję i rzadką przypadłość wywołującą niekontrolowane, nagłe napady śmiechu była większą karą niż pobyt w zakładzie Arkham. Nie jest łatwo dostosować się do społeczności, która odrzuca, która zadaje ból, która nie rozumie i nie daje wsparcia. Notoryczne odrzucenie i akty przemocy przerodzą się w odwet i krwawą zemstę, w końcu frustracja i ból wywołana tak wielką dawką nienawiści zbierze swoje żniwo.




Mimo brutalności i wszechobecnego pesymizmu "Joker" już zrewolucjonizował kino, bo film jest ważny wtedy, gdy nie tylko daje do myślenia ile wpisuje się w czasy, a ten obraz wpisuje się idealnie w naszą współczesność. Jego przekaz wybrzmiewa z taką siłą, gdyż społeczeństwo coraz łatwiej stygmatyzuje i otwarcie nienawidzi. Staramy się mówić o lękach, depresji, czy myślach samobójczych, uczymy społeczeństwo to dostrzegać i reagować, mimo to nadal jesteśmy nieobyci ze współczuciem więc odrzucamy tych problematycznych z kręgu znajomych, rodziny, środowiska. Przemoc, która obudziła się w Arthurze jest ściśle związana albo raczej wywołana ludzką znieczulicą, ten proces stał się genezą zła drzemiącą w naturze Arthura. Pochodzi on z nizin społecznych, jego przyszłość jawi się raczej bez perspektyw, mimo pragnienia bycia komikiem. Boryka się z wieloma problemami psychicznymi - depresją, stanami lękowymi, traumą, zaś śmiech który pojawia się w nerwowych sytuacjach nie jest przez nikogo odbierany ze współczuciem, wręcz przeciwnie, przez to spotyka go dużo niesprawiedliwości i jawnej niechęci - jest zaczepiany, bity, upokarzany - jego codzienność wypełniona jest bólem i strachem. Swoje myśli Joker przelewa na papier i niektóre z nich są tak bardzo realne, gdyż poziom zwątpienia w Człowieka urósł do poziomu totalnej bezsilności. Ten dziennik nie jest wypełniony hasłami anarchisty czy walczącego z systemem ideowca, to zbiór myśli związanych z egzystencją w totalnym odizolowaniu i odrzuceniu, to nazwany ból, który może towarzyszyć każdemu i dlatego Joker jest tutaj tak prawdziwy i ludzki. Czy to droga w otchłań, czy katharsis złoczyńcy?



Ważny przekaz, to nie wszystko co zachwyca w tej produkcji, najprawdziwsza jest tu uniwersalność postaci Jokera, nawiązanie do komiksu wcale nie oznacza, że to kolejna odrealniona postać, bo Jokerem może być każdy i chyba każdy ma w sobie coś z Jokera, bądź z jego doświadczeń. Takie wykreowanie i przedstawienie tej postaci udowadnia ogromną dojrzałość nie tylko twórców stojących za scenariuszem czyli Todda Phillipsa (reżyser takich komedii jak "Kac Vegas" czy "Zanim odejdą wody") i Scotta Silvera ("Fighter", "8 Mila"), ale przede wszystkim studia Warner Bros. i wytwórni DC Comics. Dla tych mniej zorientowanych w komiksowych adaptacjach wspomnę, że w rywalizacji DC Comics vs Marvel, ta pierwsza wytwórnia, mimo posiadania bardzo ciekawych superbohaterów, do tej pory nie była w stanie przekonać do siebie ani krytyków ani widzów. Kolejne produkcje były sztampowe i mało interesujące, w przeciwieństwie do Marvela, gdzie twórcy od ponad dekady konsekwentnie realizują swoją strategię. Nic więc dziwnego, że po kolejnej mało ekscytującej produkcji studio obrało nową taktykę - skupi się na samodzielnym kreowaniu swoich komiksowych postaci nie wiążąc ich z żadną inną serią. I jak to w życiu - kiedy pojawiają się porażki, nie masz nic do stracenia więc ryzykujesz i w końcu odnosisz sukces. "Joker" jest nową jakością w kinie, jest świeżym spojrzeniem na historię postaci, która wrosła w popkulturę jako psychopata, który chce zadawać ból i niszczyć wszystko dookoła. Twórcy otrzymali ogromną wolność artystyczną w portretowaniu Jokera, powracając do źródła inspiracji wizerunku tej postaci czyli Gwynplaine z "Człowieka, który się śmieje" z 1928 r., do tego garściami czerpią z takich klasyków jak "Taksówkarz" czy "Król komedii" Martina Scorsese, a także "Dzisiejszych czasów" Charliego Chaplina. Te nawiązania i estetyka klasyków z lat 70. pozwala widzowi wczuć się w problemy Jokera, które podobnie jak we wspomnianych filmach, są ściśle powiązane ze społeczeństwem w którym żyje jednostka.

Wyjątkowość "Jokera" jako doskonałego obrazu wynika z dwóch elementów: muzyki i aktorstwa. Psychodeliczna muzyka skomponowana przez Islandzką kompozytor Hildur Guðnadóttir (popis talentu tej Pani można było usłyszeć w serialu "Czarnobyl" czy filmie "Sicario") jest pełna niepokoju i napięcia, potęguje nastrój bólu i grozy, to głównie za sprawą instrumentów smyczkowych przede wszystkim przez obecność kontrabasu - wywołuje ciarki i angażuje ze zdwojoną siłą. Oprócz głównego soundtracku, w filmie pojawiają się takie utwory jak Send In The Clowns Franka Sinatry, Put On A Happy Face Tony'ego Bennetta czy melodia Rock and Roll Part 2 The Glitter Band, którą usłyszymy podczas szalonego tańca Jokera na schodach, te piosenki są idealnym dopełnieniem obrazu. Szaleństwo Jokera nie byłoby pełne bez dobrego odtwórcy tej postaci. Po Jacku Nicholsonie, Heathie Ledgerze oraz Jaredzie Leto, rola ta przypadła największemu aktorskiemu kameleonowi Joaqinowi Phoenixowi. Raczej było do przewidzenia, że aktor świetnie poradzi sobie w tej roli, ale ponieważ Phoenix nie byłby sobą, gdyby czymś nie zaskoczył to nie stworzył jedynie solidnej kreacji, stworzył arcydzieło. Aktor przeszedł totalną metamorfozę - schudł, wykreował zabójczy śmiech, porusza się inaczej, nawet jego mimika była nie do rozpoznania. To absolutnie fenomenalne i trochę przerażające jak perfekcyjnie Phoenix zbudował tę postać, podziwianie go na ekranie w tej roli jest czymś niezwykłym, wręcz oczyszczającym.



W trakcie seansu towarzyszyły mi przeróżne emocje - przez współczucie, żal i bezsilność, przez zrozumienie frustracji, bunt na niesprawiedliwość, niechęć wobec rodzącej się przemocy. Zadaniem sztuki jest wzbudzać emocje, czy kiedy towarzyszy nam takie spectrum emocji, mamy do czynienia z czymś niezwykłym wręcz wybitnym? Dla mnie to film wyjątkowy, perfekcyjnie skonstruowany i choć wiem, że publiczność jest podzielona, gdyż sporej większości widzów nadmiar brutalności burzy odbiór, to uważam ten film za wybitnie artystyczny. Atrakcyjność tej historii nie jest w złu, który tu wybrzmiewa, a w konsekwencji przekazu rodzącej się przemocy i dojrzałym ujęciu problemów psychicznych, gdzie szaleństwo boli w zetknięciu ze światem. To historia bólu i szaleństwa, pięknie zilustrowana. Francuski poeta Artur Rimbaud powiedział, że pewnego wieczoru wziął na kolana Piękno i przekonał się, że jest gorzkie. "Joker" jest gorzki...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza