sobota, 13 października 2018

Kaukaskie słowo honoru

Wieczory coraz dłuższe i coraz chłodniejsze, to idealny czas żeby obejrzeć dobre, dające do myślenia kino. Dziś polecam jeden z moich ulubionych filmów, to "Mandarynki", czyli gruzińskie dzieło z 2013 r. Ten film wzruszył mnie bardzo swoją mądrością i skromnym pięknem. Domyślam się, że dla niektórych to już stary film i wogóle bez sensu oglądać skoro tyle nowości w kinach, uważam jednak, że jest on godny uwagi. To taki skromny, ale bardzo pouczający obraz o ludzkich relacjach w trudnych czasach.




Rok 1992 był dla Abchazji i Gruzji trudnym rozdziałem we wzajemnych relacjach. To tak naprawdę kolejny etap zmagań w stuletnim konflikcie, kolejny element składowy „kaukaskiego kociołka”, bo tak przyszło określać sytuację polityczną w całym regionie. Nazwa ta ma przede wszystkim odnosić się do trudnych problemów obszaru kaukaskiego. Określa impas we wzajemnych stosunkach, ale ponad wszystko jest metaforą owego kociołka, do którego można podrzucić wszystko, aby ugotować kolejny konflikt. A gotowych problemów jest tam co niemiara. Źródłem konfliktów jest już sama mapa etniczna regionu, tak zróżnicowana, że konflikty wpisały się w naturę jej mieszkańców. Aż 60 grup etnicznych, skupionych na obszarze, mniej więcej wielkości Polski, posługujących się językami z co najmniej 4 grup językowych, to tylko ogólny zarys całej sytuacji. Ten film nie wspomina o liczbach, o racji, o winie, czy o powodach konfliktu. To skromny, poetycki dramat wojenny, historia o męskiej przyjaźni, wartościach i ludziach wrzuconych w wir wojny.


W 1992 r. przy wsparciu Federacji Rosyjskiej autonomiczny obszar Abchazji odłączył się od Gruzji, chwilę potem gruzińskie wojsko wkroczyło na teren zbuntowanego obszaru, w celu stłumienia niepodległościowego wystąpienia. Tak rozpoczęła się wojna gruzińsko – abchaska. Nadeszła jesień i kolejny etap sporu, ale też czas zbiorów mandarynek. Do jednej z Abchaskich dolin, gdzie wciąż pozostali dwaj Estończycy Ivo i Markus, dociera wojna. Ivo (Lembit Ulfsak) zajmuje się składaniem skrzynek na mandarynki z plantacji swojego sąsiada Markusa (Elmo Nuganem). Oboje mają swoje powody, aby mimo zagrożenia pozostać na plantacji. Markus nie chce pozostawić zbiorów, owoców jest wiele więc trudno porzucić taki biznes. Bliscy Iva są już w Estonii, on sam jednak nie chce na razie opuszczać ziemi, na której został pochowany jego tragicznie zmarły syn. Oboje zostają wyrwani z codziennych obowiązków, gdy przed domem Iva dochodzi do strzelaniny w której ginie trójka jej uczestników. Dwójka, któa pzoostała przy życiu odnosi ciężkie rany, czeczeński najemnik Ahmed (Giorgi Nakashidze), oraz gruziński aktor Nika (Mikheil Meskhi). Ivo bez zastanowienia zabiera mężczyzn pod swój dach. Od tej chwili poza opieką, musi nauczyć tę dwójkę trudnego zadania – życia obok siebie mimo nienawiści.


Wojna stała się tłem tej historii, skupiając się również na uczuciu strachu i bezsensowności samego sporu. Fakt, że konflikt pozostaje w tle, tworzy uniwersalny przekaz, że taka historia mogłaby wydarzyć się w każdym regionie świata, podczas każdego sporu, bo przecież zawsze są dwie strony, sprzeczne racje i różne idee. Tutaj po przeciwnych biegunach stoją Czeczen i Gruzin, którym przyszło zamieszkać pod jednym dachem. Oto cała wojna – kłótnie i nienawiść, która aż się w nich gotuje, nie szczędzą sobie obraźliwych epitetów. Jak na dłoni jawi się tu natura wojny, gdzie dialog jest tylko stratą czasu, należy więc działać, unicestwić drugą stronę, zatracić się, zapomnieć o moralności i ludzkim obliczu przeciwnika. Bezpośrednim świadkiem tych sporów staje się ktoś z zewnątrz, ktoś bezstronny, nie z Kaukazu, ale dotknięty przez wojnę, ktoś kto dostrzega w tych ofiarach wojny ludzkie twarze, a teraz chce aby i oni tak na siebie spojrzeli.



Cały obraz jest minimalistyczny, co jest zrozumiałe z uwagi na niski budżet i temat na którym się skupia. Historia toczy się na niewielkiej przestrzeni, skromnego domku Iva oraz samej plantacji. Minimalizm da się usłyszeć także w skromnej muzyce. To co przykuwa szczególną uwagę, to postawa Iva (ciekawie sportretowana przez Ulsfaka), starszego mężczyzny z prostymi zasadami i wielką mądrością, który siłą został wciągnięty w konflikt - najpierw po śmierci syna, później po udzieleniu pomocy rannym żołnierzom. Siła charakteru tego człowieka tkwi w jego moralności, dzięki czemu potrafi przekonać obie strony, nie tylko do zaprzestania kłótni, ale też do współpracy. W momencie kiedy Ahmed oznajmia Ivo, że zabije Gruzina, ten spokojnym tonem odwołuje się do jego wiary i słabej kondycji fizycznej Niki. Następnie nakazuje mu aby nie krzywdził Gruzina w jego domu. Zaznacza granice oznajmiając, że choć jest on na swojej ziemi, to siedzi na estońskim krześle. Ta retoryka doprowadzi do zrozumienia. Ahmed już wie, że tak naprawdę choć to ziemia Abchaska, to jest on w domu estońskim i trzeba uszanować zwyczaje gospodarza. To samo później będzie powtarzał Nice, gdy ten po tym jak wydobrzeje zechce zabić Czeczena. Obietnica staje się źródłem pokoju, bo dane raz słowo pozostaje święte, świadczy o honorze, a to już objaw natury ludzkiej. Dzięki takim zabiegom Urushadze bez naiwności pokazuje nie duszę konkretnego narodu, ale ogólnie obraz ludzkich zwyczajów i praw, takich samych po każdej stronie. Żołnierze dają słowo Ivo, że nie zrobią sobie krzywdy, słuchają go i pomagają sobie, najpierw gdy zjawiają się Czeczeńcy później zaś gdy Rosjanie. Odniosłam wrażenie, że reżyser darzy szczególną sympatią Iva, który nie jest po to aby zrozumieć tę wojnę, gdyż jako człowiek z zewnątrz jest każdym z nas – widzem, który przez swoją bezstronność może dokonać zmian i pomóc ocalić życie oraz zrozumieć jego wartość. Pozostaje autentyczny nawet w scenie w której wyznaje, że przecież filmy nie pokazują prawdy. Jakby chciał powiedzieć – film jest tylko obrazem, przekazem i nie musimy w niego wierzyć, możemy za to wierzyć w wartość człowieka i ludzką przyjaźń. Takie działania są prawdą.


Konflikt w Gruzji, poprzez swoją złożoność, pozostaje trudny do opowiedzenia jako typowa historia wojenna, z całą genezą i oceną. Być może jest jeszcze na to za wcześnie. Jednak nie jest za wcześnie na takie filmy, gdzie przekaz życia obok siebie, mimo wielkich różnic, może obudzić piękno i szacunek. Te kwestie wykraczają daleko poza Kaukaz, należy więc czekać na twórców podobnych do Urushadze, którzy w końcu dojdą do takiej dojrzałości, aby zechcieć przedstawiać człowieczeństwo w konflikcie.

Mandarynki  (reż. Zaza Urushadze, Gruzja, Estonia 2013)

Nagroda Publiczności, Nagroda za reżyserię – Warszawski Festiwal Filmowy 2013.
Nominacja Oscar, Najlepszy Film Nieanglojęzyczny, 2015.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza